Ten serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza
zgodę na ich zapis lub odczyt wg ustawień przeglądarki.

X Zamknij


 

ISSN 1897-2284

 
 
 
  Spis treści
:. Aktualności
:. Kultura
:. Sport
:. Felietony
:. Nasze rozmowy
:. Kronika policyjna
Redakcja
:. Kontakt e-mail
Partnerzy:
 
Kolejny kadr2007-11-30  15:08:20
Kategoria: Felietony Witold Filipowicz

Expose Premiera Donalda Tuska, chyba najdłuższe od transformacji ustrojowej. Dla jednych interesujące, dla innych długie i nudne. Konkrety? Jeśli były, to zagubiły się w tym orędziu do narodu. Bo to było orędzie raczej, a nie konkrety programowe rządu. Expose, jak zawsze, jest w istocie deklaracją programową rządu. Jednak głównie powinno się koncentrować na konkretnych problemach i metodach ich rozwiązywania. Tymczasem można było odnieść wrażenie, że Donald Tusk skupił się na malowaniu obrazu w barwach przeciwnych do wizji kreślonej przez ekipę Jarosława Kaczyńskiego. Tak, jakby nie wystarczyło to, że wyniki wyborów jasno zaprezentowały stanowisko społeczeństwa wobec poprzedniej władzy.

To, że padały obietnice innego stylu rządzenia, też niespecjalnie różniło się od wszystkich poprzednich deklaracji. Każda nowa władza obiecywała dokładnie to samo. Głównie inność w odniesieniu do poprzedników. Nie dziwi, wszak te deklaracje inności dawały zwycięstwo w wyborach.

Pojawiło się, też w zasadzie nienowe, ale i nienadużywane pojęcie zaufania. Zaufania wzajemnego, rządu do społeczeństwa i na odwrót. Społeczeństwo dało już wcześniej wyraz swoim oczekiwaniom, zatem teraz kolej na rząd.

Odrzucono w wyborach całą praktycznie filozofię rządzenia przyjętą przez ekipę Jarosława Kaczyńskiego. Nie samego byłego premiera, ale całego układu politycznego wraz z jego działaniami i założeniami. Donald Tusk wielokrotnie do tego się odnosił, choć w sposób zawoalowany. Niby ogólnie, ale każdy wiedział, do czego zmierza.

Tymczasem obserwujemy praktyczne działania nowego rządu. Zaprzysiężony przed tygodniem już te działania podejmuje. Jakie? Dobre pytanie. Poza wymianą składu rady ministrów, oczywistością, trudno coś więcej zauważyć. W sytuacji zmiany władzy niemal automatycznie następuje również wymiana całej kadry politycznej w strukturze władzy.

Nie tylko więc ministrów, ale też wiceministrów, wojewodów, gabinetów politycznych w resortach. Wszystkie osoby na tych funkcjach powinny automatycznie podawać się do dymisji a rzeczą nowego premiera jest decydowanie, co uczyni z konkretną osobą na konkretnym stanowisku. Taka jest logika zdarzeń.

Wymianę ministrów mieliśmy, natomiast cała reszta aparatu politycznego, w znakomitej większości, pozostaje na stanowiskach i nie wiadomo, czy tam pozostanie, czy są kandydaci na ich miejsce. Warto przypomnieć, że wyniki wyborów nie stanowiły czerwonej kartki dla samego Jarosława Kaczyńskiego. Pokazano ją całemu układowi politycznemu wraz z kadrą polityczną aparatu władzy.

Można odnieść wrażenie, że obecny rząd ma jakieś nienaturalne skłonności altruistyczne i postępuje zachowawczo wobec poprzedniej władzy. Tej władzy, którą społeczeństwo zmiotło ze stanowisk kartami wyborczymi. I nie ma to nic wspólnego z jakimiś akcjami odwetowymi. Po to są wybory, by politycy wiedzieli, czego społeczeństwo oczekuje.

Całość funkcjonowania państwa opiera się na aparacie administracyjnym i wymiana kadr politycznych nie powinna mieć na to funkcjonowanie żadnego wpływu. Fakt, że poprzednia ekipa zdewastowała ten aparat do tego stopnia, iż jego ciągłość działania w przypadku zmian takich, jak obecnie, jest zagrożona. Ale jak chce rząd Donalda Tuska przy takiej konstrukcji kadr realizować obiecane zmiany?

Rząd Kaczyńskiego popełnił coś, co w rzeczywiście demokratycznym państwie prawnym byłoby, co najmniej, przyczyną śmierci politycznej raz na zawsze. Likwidując w praktyce system służby cywilnej, jednocześnie zalegalizował wieloletnie łamanie prawa przez setki wysokich urzędników państwowych. Tych, którzy albo zajmowali stanowiska bez konkursów, albo prowadzili politykę kadrową, uchylając się od ich przeprowadzania. Wprowadzona ustawa o Państwowym Zasobie Kadrowym w istocie ustanowiła system państwa swojaków.

Tym bardziej więc niepokoi to, że w tym wielogodzinnym oratorium do narodu Tusk na temat zmian w konstruowaniu aparatu administracyjnego państwa niewiele poświęcił uwagi. Priorytetem rządu ma być, jak podkreślał Tusk, walka z korupcją. Podobnie jak priorytety Kaczyńskiego. Czy tymi samymi sposobami zamierza tę walkę prowadzić?

Padła wprawdzie deklaracja o konkursach, ale tylko w odniesieniu do spółek skarbu państwa. Czyli tam, gdzie finansowe konfitury obficie zalegają półki. Jeżeli PO-PSL zamierza poprzestać tylko na tym segmencie, to trudno się dziwić głosom, które powiadają, iż oto pojawiła się kolejna ekipa specjalistów od „odzyskiwania”.

Donald Tusk nie powinien stracić z pola widzenia podstawowej dla niego kwestii. Zwycięstwo wyborcze nie było zasługą programu PO czy osobistego wdzięku obecnego premiera. Tak naprawdę to zwycięstwo zafundował mu sam Jarosław Kaczyński. To właśnie rządy jego ekipy poskutkowały rekordową frekwencją wyborczą, gdy do urn ruszyło tysiące ludzi, którzy z założenia nigdy nie brali udziału w wyborach. Poszli po to, by dać wyraz sprzeciwu wobec minionej władzy.

Wielu z nich głosowało nie za PO, lecz przeciw PiS. A to istotna różnica i trzeba o niej pamiętać. Również i teraz, oglądając sondaże poparcia. Poparcie na takich podstawach jest niezwykle ulotne, a powodem do jego gwałtownego topnienia może być choćby drobny gest czy próby współpracy ponad potrzeby wynikające z obowiązków parlamentarnych i wykonywania zadań państwa.

Tym bardziej, gdy elektorat zacznie dopatrywać się podobieństwa w sposobach postępowania, tyle tylko, że ładniej opakowanych. Niepokojącym sygnałem jest wycofanie się z deklaracji podpisania Karty Praw Podstawowych. Czym się kieruje Tusk teraz, skoro jeszcze tak niedawno deklarował co innego? Czy ma to być jaskółka zmian w stosunku do wcześniejszych deklaracji programowych?

Motto rządu Tuska: zaufanie, zaufanie obustronne, ładnie brzmi. Społeczeństwo już kilkanaście razy obdarzało zaufaniem kolejne rządy. Jak się to kończyło, wszyscy wiemy. Pozostaje mieć nadzieję, że obecna władza nie ma zbyt krótkiej pamięci, przynajmniej odnośnie historii najnowszej.

Zwłaszcza, gdyby miało się okazać, że Donald Tusk funkcję premiera traktuje jako trampolinę do skoku po najwyższy urząd w państwie w najbliższych wyborach prezydenckich.

W połowie lotu może się okazać, że ktoś wypuścił wodę z basenu.

Witold Filipowicz
Warszawa, 23 listopada 2007 r.
mifin@wp.pl


 

  © 2005-2015 Wszelkie prawa zastrzeżone   statystyki www stat.pl